[SI sport] Jerzy Brzęczek – metoda na piłkarską długowieczność. Wywiad.
Tagi: jerzy brzeczek, SI Magazyn, SI sport, wywiad620 odsłon/y
Na piłkarskich boiskach spędził 22 lata. Mówi się, że na poziomie ekstraklasy rozegrał najwięcej meczów ze wszystkich polskich piłkarzy. Był zawodnikiem wielkiej jedenastki walczącej o złoto na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Aktywny zawodnik. Były kapitan Górnika Zabrze. Mistrz Polski, Izraela i Austrii. Twardy negocjator i skuteczny menedżer jednego z największych polskich talentów piłkarskich. Poza tym po prostu: „Wujek Jurek”. O futbolowych podróżach, biznesie i młodych piłkarzach, którzy nie zawsze wiedzą z kim, gdzie i kiedy – rozmawiamy z Jerzym Brzęczkiem.
Tytuł: “Jerzy Brzęczek – metoda na piłkarską długowieczność “
Rozmawiał: Piotr NowikŹródło:: SI Magazyn nr 1 / 2009 (maj – czerwiec)
Sprawdź również:: facebook.com/SI.Magazyn i SiCrew.blip.pl
Piotr Nowik (SI Magazyn):Od ponad ćwierć wieku uprawia pan jeden zawód. Wielu ludzi by zwariowało.
Jerzy Brzęczek: Ale sport to specyficzna profesja. Pasja od najmłodszych lat i przyjemność, za którą dostaję dobre pieniądze. Przychodzą też oczywiście chwile zwątpienia, ale tak jest w każdym zawodzie.
To ile razy miał pan ochotę cisnąć buty w kąt i zająć się czymś innym?
Odkąd gram zawodowo, to nigdy nie powiedziałem: „cholera, mam dość”. Ostatni raz zdarzyło mi się to, gdy miałem 14 lat, lecz trener dzwonił do rodziców, a nawet do szkoły, żebym nie rezygnował. Po latach jestem mu bardzo wdzięczny.
Mówi się o Panu “grająca historia polskiej piłki”.
To bardzo nobilitujące, nie przesadzajmy jednak, wielu zawodników doszło dalej. Mam wielką satysfakcję z gry w reprezentacji, ale można było osiągnąć dużo więcej.
Na przykład wygrać finał igrzysk olimpijskich w 1992 roku?
Nie spędza mi to snu z powiek. To było wielkie przeżycie, panowała wspaniała atmosfera, graliśmy przy stutysięcznej widowni. Trochę jednak boli, że szanse na złoty medal straciliśmy w ostatniej minucie… Ale Hiszpanie, którzy nas pokonali, byli później gwiazdami najlepszych lig i pierwszej reprezentacji, więc to był wielki sukces.
Obejrzeliście kiedyś tamto spotkanie całą drużyną?
Nie było okazji, choć rozmawialiśmy o powtórzeniu meczu, tym razem w Polsce. Może będzie kiedyś taka okazja? Czas niestety ucieka, wiele nam go nie zostało [śmiech]. To byłby piękny powrót do wspomnień.
Zawodowo gra Pan w piłkę już 22 lata. W tym okresie futbol bardzo się zmienił. Jak Pan za tym nadąża?
Podstawy są takie same, gra się jednak coraz szybciej i trzeba być dobrze przygotowanym. I właśnie w tych kategoriach popełniono największy błędy przy szkoleniu młodych zawodników. Nie wykorzystaliśmy potencjału i brakowało nas na wielkichimprezach. Teraz próbujemy nadrobić stracony czas, naśladujemy najlepszych, ale to nie jest proste. Podstawa to wciąż infrastruktura, która odbiega od standardów najlepszych lig.
Dwa lata temu wszedł Pan do szatni Górnika Zabrze, a tam czekał na przykład młodszy o 16 lat Michał Pazdan.
W seniorach zadebiutowałem jako 16-latek i grałem z zawodnikami grubo po trzydziestce. Nie wiedziałem, jak się do nich zwracać: po imieniu czy per „pan”, ale wtedy obowiązywał większy rygor. W Zabrzu młodzi mieli zahamowania, by mówić mi na „ty”, ale wytłumaczyłem im pewne rzeczy. W końcu nie chodzi o to, jak się do człowieka zwracać, ale o szacunek.
Kiedy po raz pierwszy zastanowił się Pan: co będę robił po zakończeniu kariery?
Parę lat temu i od razu wiedziałem, że chcę zostać przy piłce jako trener. Mam już nawet licencję. Wiele żon nie pozwala piłkarzom na pozostanie trenerem, bo to oznacza kolejne lata treningów, zgrupowań i wyjazdów. W szczególności dzieciaki musiały przyzwyczaić się do takiego trybu życia. Dużo podróżowaliśmy i przez to cierpiały. Zwłaszcza jak zaczęły chodzić do szkoły. Nie ma nic złego w zmianie miejsca zamieszkania, jeśli jest to ta sama strefa językowa. Przeprowadzka z Austrii do Izraela przysporzyła nam sporo problemów. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dzieciaki to przeżywają… Wyjazdy piłkarzy to też przygody i podróże… Poznałem nowe kultury i wielu ludzi, dzięki którym zmieniłem swój światopogląd. Tego nie da się posmakować w trakcie dwutygodniowych urlopów.
Najbardziej egzotyczny był chyba półtoraroczny pobyt w Izraelu. Nie bał się Pan?
Trochę tak, chociaż wtedy panował tam spokój. Nie było zamieszek, bombardowań, zamachów. To był niezapomniany okres i gdyby nie problemy dzieci, to może zostałby dłużej. Poznałem wielu ludzi, nawet Arabów. Brałem udział w rodzinnych uroczystościach. Chrzty były niesamowite, nie zdawałem sobie sprawy, co to znaczy obrzezać małego chłopaka. Robiono to na oczach kilkuset zaproszonych gości, którzy brali udział w świętowaniu!
Aż 11 lat spędził pan w Austrii.
To wymarzony kraj do życia. Wszystko jest ułożone, czas płynie spokojnie, a do tego można pozwolić sobie na luksusy. W odróżnieniu od Izraela, gdzie ludzie często są nerwowi.
To gdzie w takim razie jeździ Pan na wakacje?
Do Włoch, w okolice Wenecji. Lub do miasta, które jest oddalone o 200 kilometrów do Innsbrucka – bardzo ładne miejsce, przyjaciel ma tam apartamenty. Kiedy grałem zagranicą, to często urlop spędzałem w Polsce.
Pana wakacje to leżenie na plaży czy sporty wodne?
O nie, pływakiem nie jestem zbyt dobrym, ale nie lubię też leniuchowania. Zawsze tęsknię za ruchem.
Wielu piłkarzy relaksuje wędkarstwo.
Miałem taki okres, gdy chodziłem na ryby. Człowiek może się wyluzować, zapomnieć o wielu rzeczach. Bo piłka to stres. Chociaż w sumie dzisiaj wszyscy walczą o pracę, stanowiska i pieniądze. W futbolu kariera jest jednak krótka i mamy niewiele czasu, by zapewnić sobie spokojną przyszłość.
Pan już jest o nią spokojny?
Nie wygląda to najgorzej. Z żoną jesteśmy współudziałowcami firmy w Poznaniu, która oczyszcza miasto. Ten interes założyliśmy z sąsiadami. Z kolei w Opolu wraz z rodziną zajmujemy się nieruchomościami. Jestem też w trakcie realizacji kolejnej, dość dużej inwestycji. Nie mam na biznes zbyt wiele czasu, bo koncentruję się na piłce, ale moje interesy dobrze rokują na przyszłość.
Może zostanie Pan menedżerem piłkarskim?
Chodziło mi to po głowie. Może spróbuję, jeśli nie sprawdzę się jako trener. Mam kontakty i znam ludzi, którzy znaczą coś na rynku europejskim.
Kiedyś nawet załatwił Pan podwyżkę Kubie Błaszczykowskiemu u właściciela Wisły – samego Bogusława Cupiała.
Przez lata nauczyłem się negocjacji. Z Wisłą nie rozmawiało się łatwo, ale na koniec wszyscy byli zadowoleni. Wisła takiego biznesu nie zrobiła nigdy wcześniej i pewnie już nie zrobi [zapłaciła za Błaszczykowskiego 70 tys. zł, a sprzedała za ponad 3 mln euro]. Życzę takich transferów wszystkim polskim klubom.
Dla Kuby był Pan nie tylko menedżerem, ale też zastępował mu ojca.
Kuba przeszedł w życiu wiele tragedii i dlatego jest niesamowicie twardy. Po śmierci mamy mieszkał z babcią i moim rodzeństwem, i to nie był dla niego łatwy okres. Był zbuntowany. Uważał, że wszyscy są przeciwko niemu. Wiele rozmawialiśmy: raz było miło, innym razem ostro. Musiałem do niego dotrzeć. Miał talent i marzenia, ale trzeba było w nim parę rzeczy poustawiać. Chwała mu, że zrozumiał, co jest najważniejsze, i że ciągle ma przed oczami marzenia. Jestem przekonany, że jeśli ominą go kontuzje, to osiągnie bardzo wiele.
Ilu takich niezauważonych Jakubów Błaszczykowskich gra w Polsce?
W niższych ligach wielu piłkarzy posiada wysokie umiejętności, ale nie ma nikogo, kto by im pomógł. To w Polsce wielki problem. Szkolimy zawodników, nie przygotowujemy ich jednak do zawodu piłkarza. Nikt nie pokazuje zagrożeń, a młodzi nie wytrzymują ciśnienia. Myślą, że jak zagrali parę dobrych spotkań i zarobili jakieś pieniądze, to tak będzie zawsze. Wielu przepowiadano wielkie kariery, potem zniknęli i do dziś mają problemy z normalną egzystencją.
Ilu takich było?
Bardzo wielu. Zdecydowana większość zawodników nie osiągnęła tyle, ile mogła, bo zbyt wcześnie uwierzyli, że zawsze będą na piedestale. Zapomnieli o dbaniu o siebie, o marzeniach i celach. A te zapewniają tylko ciężka praca i wyrzeczenia. Innej drogi nie ma. Na świecie są miliony piłkarzy, a wielu biednych chłopaków z Ameryki Południowej całymi dniami kopie piłkę tylko po to, by godnie żyć.
Truskolasy wychowują reprezentantów
Jerzy Brzęczek oraz Kuba Błaszczykowski pochodzą z Truskolasów, śląskiej wsi, którą zamieszkuje 1836 osób. Miejscowość szczyci się dwoma reprezentantami Polski, choć do niedawna słynęła także z Ignacego Garusa, który był najstarszym sołtysem w Polsce – stanowisko zajmował przez 50 lat, a zmarł dwa lata temu w wieku 100 lat. Zarówno Brzęczek, jaki i Błaszczykowski zaczynali karierę w tamtejszej Olimpii, która dziś gra w czwartej lidze. Zresztą ich podobizny są wykorzystywane przez klub do przyciągnięcia na treningi młodych piłkarzy. Może właśnie dzięki temu Truskolasy to piłkarski fenomen. W ostatnim ćwierćwieczu na tysiąc osób przypadał tam jeden piłkarz europejskiej klasy. Gdyby podobnie było np. w Krakowie, to takich zawodników byłoby 756, a w Warszawie – 1707.
Młodzi polscy piłkarze nie potrafią unieść sławy czy po kilku wypłatach uderza im woda sodowa?
Tego nie można generalizować. Nie każdy przy dużych pieniądzach wariuje, choć jest wielu zawodników z wysokimi kontraktami, którzy zaczynają szpanować, szastać pieniędzmi i żyć zabawowo. To źle się kończy. Wielu od razu kupuje luksusowe samochody.
Jak długo Pan pracował na porządne auto?
Po czterech latach gry w polskiej ekstraklasie kupiłem paroletniego opla omegę. Wówczas miał swoją wartość. Wydawanie kasy na luksusowe auta to nie jest problem, ale ważne, jest żeby młodzi nauczyli się zabezpieczania swojej przyszłości.
Jak wielkim niebezpieczeństwem dla młodych piłkarzy jest hazard?
Ogromnym. Niemal każdy piłkarz jest w pewnym sensie hazardzistą, bo sport to emocje i ryzyko. Nie wolno jednak przekroczyć pewnej granicy. Przez hazard wielu zmarnowało sobie nie tylko karierę, ale też życie.
Stroni Pan od używek?
W juniorach powtarzano mi trzy zasady: trzeba wiedzieć kiedy, gdzie i z kim. Bardzo lubię się bawić, ale z umiarem. Młody piłkarz musi sobie zdawać sprawę, z czego żyje i co ma robić, by być w dobrej dyspozycji fizycznej.
Sprawdź również:















