[SI sport] Łowca bramek – powrót Frankowskiego cieszy kibiców i przeraża obrońców
Tagi: SI Magazyn, SI sport, tomek frankowski, wywiad361 odsłon/y
6 państw, 3 kontynenty, 4 języki (nie licząc kilku zwrotów po japońsku). Każdy z 10 klubów, w którym miał okazję grać, to nie tylko strzelone bramki, ale też nowe doświadczenia, podróże i pozostawieni daleko przyjaciele. O nudzie w wielkim mieście, podróżach szybką japońską koleją, niechęci do sushi, treningach z wielkim Arsenem Wengerem oraz o spektakularnym powrocie do łowienia bramek w polskiej ekstraklasie rozmawiamy z Tomkiem Frankowskim.
Tytuł: “Łowca bramek – powrót Frankowskiego cieszy kibiców i przeraża obrońców”
Rozmawiał: Piotr NowikŹródło:: SI Magazyn nr 1 / 2009 (maj – czerwiec)
Sprawdź również:: facebook.com/SI.Magazyn i SiCrew.blip.pl
Piotr Nowik (SI Magazyn): Wie Pan, kto powiedział: ,,Chyba nie ma sensu udowadniać całemu światu, że jeszcze coś potrafię”?
Tomasz Frankowski: Ja?
Tak, i to ponad rok temu. Tymczasem wrócił Pan do polskiej ligi i stał się jednym z najskuteczniejszych napastników.
Rzeczywiście nieźle to wygląda, z pomocą kolegów wszystko układa się przyzwoicie, więc jestem zadowolony. Niemal przez cały 2007 rok miałem problemy zdrowotne, później jednak było już zdecydowanie lepiej.
To czym Pan się zajmował w 2007 roku?
Leczyłem się na Teneryfie, miałem problemy z kolanem, mięśniem przywodziciela i stawem skokowym prawej nogi. Urazy wynikały z niedoleczonych kontuzji i nieudolności lekarzy, którzy zajmowali się mną od niedzieli do środy, a później na zastrzyku grałem kolejny mecz i tak się mój organizm niszczył. Mimo to trzeba przyznać, że Teneryfa jest wspaniałym miejscem turystycznym. Może nie przesiadywałem zbyt długo na plażach i basenach, ale było co zwiedzać. Mam małe dzieci, które chłoną świat jak gąbka. Jeździliśmy więc po różnych miejscach.
Lubi Pan podróże czy chętniej wypoczywa w kapciach przed telewizorem?
W wakacje lubimy pojeździć, lecz jak już z rodziną dotrę do celu, to chętnie wypoczywam na leżaku.
A jak Pan spędza wolny czas na co dzień?
Od godziny 8 do 15 dzieci mają zajęcia, więc mogę spokojnie iść na trening, odbyć odnowę biologiczną i wypić z żoną kawę. Później do godziny 20 zajmuję się pociechami: chodzimy na spacery, do kina, gramy w monopol. Choć w Białymstoku jest mniej możliwości spędzenia wolnego czasu niż w Krakowie czy na słonecznej Teneryfie, to jakoś sobie radzimy. Z synkiem gramy też często w piłkę.
Tata zachęca go do futbolu?
Nie, to wyszło samo z siebie. Z kolei córka woli konie i psy, zatem weterynarz będzie z niej znakomity.
W piłkę grał Pan już w sześciu krajach: Francji, Japonii, Hiszpanii, Anglii, Stanach Zjednoczonych i Polsce. W którym z nich najchętniej spędziłby pan dwutygodniowy urlop?
Z przyjemnością wróciłbym do Chicago i chyba będzie taka możliwość, bo Jagiellonia zostanie zaproszona na sparing z Fire. Tam pozostawiłem wielu znajomych, z którymi spędziłem dziesięć miesięcy. Zresztą całe Stany są piękne, zobaczyliśmy tam niesamowite miejsca. Nie mieliśmy za wiele czasu na zwiedzanie, ale udało się nam spędzić tydzień na Florydzie i tydzień w Los Angeles i Hollywood.
Wielkość amerykańskich miast Pana nie przeraża?
A niby dlaczego? Choć trudno powiedzieć, czy potrafiłbym tam spędzać wolny czas. Po Stanach podróżowaliśmy samochodem. Jedna rzecz szczególnie podobała mi się w Los Angeles: gdy na drodze cztery pasy zostały zakorkowane, to piąty był wolny, lecz mogły się nim poruszać tylko samochody, w których jechały więcej niż dwie osoby. A że nas była czwórka, to mogliśmy się poruszać bez przeszkód, bo ludzie tego przepisu przestrzegają. Tym bardziej że za złamanie dostawało się mandat na 350 dolarów. Gdyby w Polsce był taki przepis, na pewno byłby łamany.
Czym Pan teraz jeździ?
Korzystam z aut brata, który posiada duży komis samochodowy. Po powrocie z USA nie kupiłem samochodu, więc raz na tydzień zajeżdżam do niego i biorę coś ze stajni. Nie jestem jednak fanem motoryzacji i kompletnie nie znam się na samochodach: czy są to diesele czy na benzynę. Interesuje mnie tylko, czy wóz posiada klimatyzację i automatyczną skrzynię biegów, bo już się przyzwyczaiłem do tego udogodnienia.
Po fantastycznych siedmiu latach w Wiśle wyjechał Pan do słonecznej Hiszpanii. Nie ma Pan czasem ochoty tam wrócić?
Mam. Mój syn jest wielkim fanem FC Barcelona i Realu Madryt jednocześnie i coraz częściej mi przypomina, że obiecałem mu wycieczkę na ich trening i mecz. Jeśli w te wakacje się nie uda, to w przyszłe na pewno polecimy do Hiszpanii. Przy okazji moglibyśmy odwiedzić tamtejsze plaże. W Hiszpanii urzekły mnie pogoda i otwartość ludzi. Przez blisko półtora roku większość osób, które poznałem, była uśmiechnięta. Naprawdę trudno było zauważyć na czyjejś twarzy smutek. Pewnie tak działa na nich klimat.
Pod względem klimatu i zachowania ludzi zamiana hiszpańskiego Elche na angielski Wolverhampton była pewnie szokiem.
O tak, ale zauważyłem to dopiero po podpisaniu kontraktu. Angielska pogoda jest jakby stworzona dla piłkarza, bo przede wszystkim nie jest gorąco. Podobnie jak wszystkie ośrodki treningowe oraz boiska. Tam ludzie żyją futbolem. Po zajęciach też coś trzeba robić, a Wolverhampton nie daje zbyt wielu możliwości miłego spędzania czasu.
Przecież Anglia słynie z fajnych pubów.
W Wolverhampton takiego nie spotkałem, choć zaprzyjaźniłem się z kilkoma Polakami, którzy przesiadywali w jednym typowym pubie „na rogu”, ale nie miał on nic wspólnego z fajnym miejscem. Kompletnie nie pasowało mi też tamtejsze jedzenie. Próbowaliśmy co prawda szukać jakiś restauracji, ale tam są głównie fast foody. Mimo że Wolverhampton miało 250 tysięcy mieszkańców, nie było tam nic ciekawego. Niedaleko było także Birmingham, lecz niewiele więcej w nim znalazłem. Być może byłem tam za krótko?
Zwiedził Pan kawał świata, a mimo to i tak zamierza żyć w Krakowie.
Spędzenie kilku miesięcy za granicą jest fajne, ale to w Polsce mam rodzinę i dom. Także dzieci chętnie skończą szkołę w Polsce. W Krakowie spędziliśmy siedem lat, zbudowaliśmy dom i zostawiliśmy znajomych oraz przyjaciół. Tu też otworzyliśmy szkółkę piłkarską, którą będziemy prowadzić z Mirkiem Szymkowiakiem. Mamy w niej zamiar kształcić młodych piłkarzy.
To pomysł na dobry interes?
Nie. To hobby. Z tego, co mówią, to nikt w Polsce nie zarobił na profesjonalnej piłce, więc w jaki sposób można byłoby się dorobić na młodych zawodnikach?
Co by było, gdyby pojechał pan z reprezentacją na mundial do Niemiec w 2006 roku? Siedem bramek w eliminacjach to niezły wynik.
Wówczas nie byłem w na tyle dobrej formie, by czuć ogromny żal do selekcjonera. Trener Janas postąpił, jak chciał. Jego sprawa. W kadrze wystąpiłem 22 razy. Może to nie dużo, ale przed Janasem był Engel, który mógł mnie powoływać, a zrobił to tylko trzy–cztery razy. Mimo że grałem w kadrze dobrze, to trener miał swój skład i poza czwórką napastników nie powoływał nikogo więcej.
Mówi Pan kilkoma językami, umie się szybko przystosować do nowych warunków, jest znakomitym piłkarzem, a mimo wszystko wyjazd na Zachód nie zakończył się ogromnym sukcesem. Dlaczego?
Na początku w Hiszpanii radziłem sobie bardzo dobrze w Elche i podobnie byłoby pewnie na Teneryfie, gdyby nie kontuzja. Nie wyszło mi tylko w Anglii, lecz tam intensywnie trenowało się od poniedziałku do piątku i jak organizm ledwo nadążał za tymi obciążeniami, to w sobotę już nie było dodatkowej energii na mecz i „silnik” się zacierał.
W takim razie to chyba żaden Polak nie jest gotowy na trudy ligi angielskiej.
Rasiak i Saganowski dają sobie radę, bo są mocniejsi, bardziej dynamiczni i pewnie od poniedziałku do piątku nie muszą angażować wszystkich sił.
Zaniedbania w szkoleniu polskich zawodników są chyba nie do przeskoczenia.
Nie. Tu nie chodzi o zaniedbania w szkoleniu. Proszę mi wierzyć, że moje umiejętności techniczne nieraz przewyższały umiejętności innych piłkarzy, ale to było za mało. Wymagano, bym biegał, walczył, a do tego nie byłem przyzwyczajony i technika zeszła na trzeci plan. Zresztą… Było, minęło.
To czym Anglicy zajmowali się na co dzień?
Nie mam zielonego pojęcia. Może żyli problemami drużyny, która miała awansować do Premiership, a nie zrobiła tego? Na szczęście teraz zdecydowanie prowadzą w tabeli i wydaje się, że będą świętować awans.
W 1996 roku grał Pan w japońskim Nagoya Grampus Eight. Co Pan pamięta z tego pobytu?
Podróże szybkim pociągiem. To było coś zdecydowanie innego, bo w Polsce na mecze jeździ się głównie autokarem po zatłoczonych drogach, a na Teneryfie i w USA lata się samolotami. Pociąg to był ulubiony środek transportu trenera Arsena Wengera.
Obecny szkoleniowiec Arsenalu Londyn jest jedną z ciekawszych osób, jakie spotkał Pan w karierze?
Na pewno. Wiele osiągnął już przed przyjazdem do Japonii, a później przeniósł się do Londynu, gdzie niemal od podstaw stworzył dzisiejszy Arsenal. Wówczas ten klub był ligowym średniakiem, a dziś jest europejskim potentatem.
Pamięta Pan jakieś szczególne słowa, które powtarzał wam Wenger?
Nie, bo Japończykom nie trzeba nic dwa razy powtarzać. Jak mieli być w szatni pół godziny przed treningiem, to przychodzili dodatkowe 30 minut wcześniej i od razu wychodzili na murawę.
Poza treningami też są tacy pilni?
Nie mam pojęcia. Pamiętam, że w 1996 roku w Japonii były bardzo drogie mieszkania. Za metr kwadratowy płaciło się horrendalne sumy. W tej sytuacji nawet dobrze zarabiający piłkarze całe pieniądze inwestowali w kupno samochodu oraz wynajem mieszkania. I tak na parkingu klubowym Nagoi, która była wówczas wicemistrzem kraju, stało pięć porsche i sześć ferrari, ale żaden z zawodników nie miał swojego mieszkania.
A jak smakowało Panu japońskie jedzenie?
W klubie mieliśmy szwedzki stół, więc każdy jadł, co chciał. Z kolei w hotelu, gdzie mieszkałem, miałem europejską restaurację ze zdjęciami posiłków w menu, więc palcami wybierałem i było po kłopocie. Raczej unikałem japońskich specjałów. Byłem totalnym przeciwnikiem ryb, choć teraz to się zmieniło. Szanuję kuchnię japońską, bo w tym kraju ciężko znaleźć otyłego człowieka.
W takim razie która kuchnia najbardziej Panu odpowiada?
Hiszpanie bardzo dobrze gotują. To miłe uczcie usiąść nad brzegiem oceanu i zamówić owoce morza oraz lampkę czerwonego wina.
Pierwszy Pana piłkarski wyjazd zagraniczny to była Francja.
Wyjechałem jako 18-letni kawaler. Czas spędzałem tylko z kolegami, udało mi się nawet zaprzyjaźnić z paroma Francuzami. Najlepiej rozumiałem się z Czechem Michałem Nehodą, którego ojciec jest rekordzistą reprezentacji pod względem liczby występów.
Do dziś utrzymujecie kontakt?
Nie, gdzieś się zagubił. Wrócił do Czech, chciał grać, miał jednak bardzo porywczy charakter i pewnie któryś trener nie wytrzymał, i Michał zakończył karierę.
W każdym kraju zostawił Pan jakiegoś znajomego?
Tak, choć w Elche byłem tak krótko, że nie zdążyłem nawiązać kontaktów. Na Teneryfie mam znajomą rodzinę, w Anglii kumpla i kilkunastu w Chicago. Utrzymuję z nimi kontakty e-mailowe i dzięki temu nie zapominam języka, Znam hiszpański, francuski i coraz lepiej angielski.
We wszystkich tych językach potrafi się Pan porozumieć?
Tak, nawet po japońsku znam kilka zwrotów.
To dość niespotykana sytuacja, bo na przykład Ireneusz Jeleń jest w Auxerre dwa i pół roku i nie potrafi mówić po francusku.
To dla mnie science fiction przebywać tyle lat we Francji i nie nauczyć się języka. Ja już po pół roku władałem francuskim, choć pewnie szło mi to łatwiej, bo byłem sam i miałem nauczycielkę. Nieznajomość języka to dla mnie problem, bo jak tu się porozumiewać z kumplami w szatni?
Sprawdź również:














